Tak jak zawsze wstałam o 5.30, ubrałam się, związałam włosy i zeszłam do kuchni. Postanowiłam zrobić jajecznicę i kanapki na przekąski. O 6.15 powinni zejść na śniadanie moi współlokatorzy. Usmażyłam jajecznicę, rozłożyłam talerze i zabrałam się za kanapki. Kanapki z sałatą, szynką, serem, kurczakiem, pomidorami, ogórkami czy rzodkiewkami... Nie powinni narzekać.
-Dzień dobry... - Mitch stał w drzwiach w samych bokserkach przeciągając. Byłam już przyzwyczajona do jego widoku w samej bieliźnie. - Ale ładnie pachnie... - chłopak przetarł oczy palcami starając się trochę rozbudzić.
- Witam pierwszego śpiocha. - zaśmiałam się. - Nakładaj już sobie.
Kiedy Mitch nałożył sobie jajecznicę do kuchni weszła Cate.
- Hej. - była jeszcze dosyć śpiąca, ubrana już jednak w zwykłe ubrania.
- Jak ci się spało? - rzuciłam. Spojrzała na mnie półprzytomnym wzrokiem.
- W porządku... - usiadła przy stole i nałożyła sobie jajecznicę na talerz. Sama powtórzyłam wykonane przez najmłodszą czynności i zabrałam się w końcu za jedzenie.
- Nie mamy dzisiaj żadnych zajęć prawda? - dopytała Cate.
- Nie, nie mamy. - odparł Mitch.
- Chyba, że masz jakieś języki... - dodałam.
- Ohhh... - westchnęła brunetka kończąc śniadanie.
- Jak moje oczy? - nie mogłam przestać o nich myśleć. Oboje się na mnie spojrzeli.
- Nie jest źle... Przestały zmieniać kolor i prawe oko ma w sobie więcej czerwieni. I chyba też trochę ściemniały... Tak mi się wydaje. - Mitchel powiedział mi dokładnie to co chciałam usłyszeć - na razie przestały zmieniać kolor.
- Mi się podobają takie jakie teraz masz. I co będziesz dzisiaj robić? - uśmiechnęła się Caitlyn.
-Dziękuję. Chyba przejdę się dzisiaj do naszego mini zoo... A co?
- Nie, nic. Baw się dobrze. - pomachali mi z salonu, kiedy opuszczałam domek, żeby wyjść na świeże, chłodne powietrze. Przeszły mnie ciarki, a na skórze pod bluzą pojawiła się gęsia skórka. Szkoda, że nie mam takiej mocy związanej z ciepłem albo ogniem... Przeszłam przez budynek, w którym znajdowały się zwierzęta. Jedyne co sama mogłam zrobić przy Tequili to wrzucenie jej mięsa - co też zrobiłam, po czym ruszyłam do stajni, w której stały osły, muły i konie różnych ras, wielkości i o różnych temperamentach. Stały tam moje dwa ulubione czterokopytne misie. Siwa klacz kucyka szetlandzkiego i kasztanowata angloarabska klacz. Przyniosłam paczki ze szczotkami obu klaczy. Wyprowadzając Toffee Coffee na korytarz stajni zerknęłam na zegarek. Jeżeli wyrobię się w pół godziny z wyczyszczeniem kasztanki to będę miała spokój na ujeżdżalni i na korytarzu. Sprawnie wyczyściłam klacz i wyszłam z nią na piaszczysty i zadaszony plac do jazdy. Byłam dzisiaj zbyt leniwa, żeby zakładać jej jakikolwiek osprzęt, nie licząc ochraniaczy. Wdrapałam się na niewysokiego konia i poprowadziłam klaczy możliwie jak najluźniejszy trening. Jak zawsze bardzo dobrze wyszkolona klacz, którą znałam od momentu jej przyjazdu tutaj, kiedy nie dawała się dotknąć, dzisiaj dawała z siebie wszystko. To był koń, o którym marzyła każda dziewczynka na zewnątrz. Nie używałam do niej mocy, w zupełności wystarczyły jej czyste i wyraźne fizyczne sygnały. Czułam pod sobą jej skumulowaną energię, jednocześnie byłam pewna, że nie wyładuje jej dopóki jej o to nie poproszę. Pozwoliłam jej się wygalopować, ćwiczyłyśmy przejścia stęp - galop i odwrotnie oraz galop - stój. Przy lotnych Coffee tak się rozbudziła, że przy każdej zmianie dawała upust swojej energii przez podbrykiwanie. Dziesięć minut na koniec sesji zsiadłąm z konia i pozwoliłam jej łazić wolno, ale ta nie odstępowała mnie na krok. Wróciłyśmy do stajni, wykąpałam kasztankę i odstawiłam ją do boksu. Stajenny już najwyraźniej podał koniom śniadanie. Po korytarzu stajni już kręciło się kilka osób. Część dopiero nosiła sprzęt pod boks, a inni już wychodzili na czworobok, parkur albo lonżownik. Po wyczyszczeniu siwej Hope i odstawieniu jej do boksu, wyszłam na dwór. Nadal było chłodno tak jak rano. Nawet po rozgrzewającym treningu jazdy konnej było mi chłodno. Zasunęłam bluzę pod samą szyję i skierowałam się do biura doktora Eamera. Kilka osób już wyszło pobiegać, a kilka innych, w tym, Caitlyn, czekało pod budynkiem, w którym odbywały się zajęcia teoretyczne takie jak matematyka, geografia, biologia, języki obce czy też coś w stylu edukacji dla bezpieczeństwa, ale trochę bardziej hardkorowe. W tym samym budynku również miał swój gabinet doktor Eamer. Wciągnęłam za sobą Cate do budynku ze względu na pogodę, a za pięć minut i tak zaczynała zajęcia z języków obcych. Odprowadziłam przyjaciółkę pod klasę i życzyłam powodzenia na lekcji.
- Dzięki. A Ty dzisiaj idziesz tylko do pana Eamera? - zapytała uśmiechając się.
- Tak, ja dzisiaj przecież nie mam zajęć. Muszę iść do doktora, żeby poradził mi co mam zrobić z oczami. - odparłam.
- Okej. Do zobaczenia. - brunetka pomachała mi kiedy odchodziłam. Odmachałam skręcając w inny korytarz. Na jego końcu po lewej stronie na białych drzwiach wisiała tabliczka z podpisem "dr. Eamer". To ciekawe, że skrót od jego tytułu czytany łącznie z jego nazwiskiem daje dreamer (marzyciel, wizjoner, poeta). Bardzo dziwny zbieg okoliczności... Zostawiłam te myśli za sobą pukając do drzwi gabinetu doktora. Ciepły głos mężczyzny koło 45-tki głośno rzucił, żebym wchodziła. Tak też zrobiłam. Lekarz od wszystkiego, zajmujący się mną od kiedy pamiętam, siedział przy swoim drewnianym biurku, na swoim czarnym, skórzanym, mega wygodnym, obrotowym fotelu. Otoczony stertami teczek w różnych kolorach, luźnymi kartkami i drukarką.
- Dzień dobry. - rzuciłam nieśmiało. Podniósł wzrok zza laptopa, mając na nosie okulary. Uśmiechnął się w odpowiedzi.
- O witam. Co tam Riley? Coś się stało? - zapytał. Podeszłam do niego i wskazałam oczy.
- To się stało. Nie wiem co mam z tym zrobić. - przyznałam.
- Może to chwilowe... - zdjął okulary i podniósł się z fotela. Dokładnie obejrzał moje tęczówki. - Hmmm... Sam nie wiem co to mogłoby być. - przyznał. - Pierwszy raz coś takiego widzę. Pobiorę Ci krew i zobaczymy czy coś się zmieniło. Usiądź sobie na fotelu, ja przyniosę strzykawkę i fiolki. - wydał "rozkaz" i zrobiłam jak powiedział. Szybko wrócił ze sprzętem, bezboleśnie wbił igłę w moją żyłę i pobrał chyba z sześć próbek (nie patrzyłam - mam wstręt do pobierania krwi i strzykawek). Zakleił mini dziurkę i kazał chwilę mocniej przytrzymać, żeby nie zrobił się siniak. On w tym czasie opisywał próbki i po kolei odstawiał je na stojaczek.
-Dzień dobry... - Mitch stał w drzwiach w samych bokserkach przeciągając. Byłam już przyzwyczajona do jego widoku w samej bieliźnie. - Ale ładnie pachnie... - chłopak przetarł oczy palcami starając się trochę rozbudzić.
- Witam pierwszego śpiocha. - zaśmiałam się. - Nakładaj już sobie.
Kiedy Mitch nałożył sobie jajecznicę do kuchni weszła Cate.
- Hej. - była jeszcze dosyć śpiąca, ubrana już jednak w zwykłe ubrania.
- Jak ci się spało? - rzuciłam. Spojrzała na mnie półprzytomnym wzrokiem.
- W porządku... - usiadła przy stole i nałożyła sobie jajecznicę na talerz. Sama powtórzyłam wykonane przez najmłodszą czynności i zabrałam się w końcu za jedzenie.
- Nie mamy dzisiaj żadnych zajęć prawda? - dopytała Cate.
- Nie, nie mamy. - odparł Mitch.
- Chyba, że masz jakieś języki... - dodałam.
- Ohhh... - westchnęła brunetka kończąc śniadanie.
- Jak moje oczy? - nie mogłam przestać o nich myśleć. Oboje się na mnie spojrzeli.
- Nie jest źle... Przestały zmieniać kolor i prawe oko ma w sobie więcej czerwieni. I chyba też trochę ściemniały... Tak mi się wydaje. - Mitchel powiedział mi dokładnie to co chciałam usłyszeć - na razie przestały zmieniać kolor.
- Mi się podobają takie jakie teraz masz. I co będziesz dzisiaj robić? - uśmiechnęła się Caitlyn.
-Dziękuję. Chyba przejdę się dzisiaj do naszego mini zoo... A co?
- Nie, nic. Baw się dobrze. - pomachali mi z salonu, kiedy opuszczałam domek, żeby wyjść na świeże, chłodne powietrze. Przeszły mnie ciarki, a na skórze pod bluzą pojawiła się gęsia skórka. Szkoda, że nie mam takiej mocy związanej z ciepłem albo ogniem... Przeszłam przez budynek, w którym znajdowały się zwierzęta. Jedyne co sama mogłam zrobić przy Tequili to wrzucenie jej mięsa - co też zrobiłam, po czym ruszyłam do stajni, w której stały osły, muły i konie różnych ras, wielkości i o różnych temperamentach. Stały tam moje dwa ulubione czterokopytne misie. Siwa klacz kucyka szetlandzkiego i kasztanowata angloarabska klacz. Przyniosłam paczki ze szczotkami obu klaczy. Wyprowadzając Toffee Coffee na korytarz stajni zerknęłam na zegarek. Jeżeli wyrobię się w pół godziny z wyczyszczeniem kasztanki to będę miała spokój na ujeżdżalni i na korytarzu. Sprawnie wyczyściłam klacz i wyszłam z nią na piaszczysty i zadaszony plac do jazdy. Byłam dzisiaj zbyt leniwa, żeby zakładać jej jakikolwiek osprzęt, nie licząc ochraniaczy. Wdrapałam się na niewysokiego konia i poprowadziłam klaczy możliwie jak najluźniejszy trening. Jak zawsze bardzo dobrze wyszkolona klacz, którą znałam od momentu jej przyjazdu tutaj, kiedy nie dawała się dotknąć, dzisiaj dawała z siebie wszystko. To był koń, o którym marzyła każda dziewczynka na zewnątrz. Nie używałam do niej mocy, w zupełności wystarczyły jej czyste i wyraźne fizyczne sygnały. Czułam pod sobą jej skumulowaną energię, jednocześnie byłam pewna, że nie wyładuje jej dopóki jej o to nie poproszę. Pozwoliłam jej się wygalopować, ćwiczyłyśmy przejścia stęp - galop i odwrotnie oraz galop - stój. Przy lotnych Coffee tak się rozbudziła, że przy każdej zmianie dawała upust swojej energii przez podbrykiwanie. Dziesięć minut na koniec sesji zsiadłąm z konia i pozwoliłam jej łazić wolno, ale ta nie odstępowała mnie na krok. Wróciłyśmy do stajni, wykąpałam kasztankę i odstawiłam ją do boksu. Stajenny już najwyraźniej podał koniom śniadanie. Po korytarzu stajni już kręciło się kilka osób. Część dopiero nosiła sprzęt pod boks, a inni już wychodzili na czworobok, parkur albo lonżownik. Po wyczyszczeniu siwej Hope i odstawieniu jej do boksu, wyszłam na dwór. Nadal było chłodno tak jak rano. Nawet po rozgrzewającym treningu jazdy konnej było mi chłodno. Zasunęłam bluzę pod samą szyję i skierowałam się do biura doktora Eamera. Kilka osób już wyszło pobiegać, a kilka innych, w tym, Caitlyn, czekało pod budynkiem, w którym odbywały się zajęcia teoretyczne takie jak matematyka, geografia, biologia, języki obce czy też coś w stylu edukacji dla bezpieczeństwa, ale trochę bardziej hardkorowe. W tym samym budynku również miał swój gabinet doktor Eamer. Wciągnęłam za sobą Cate do budynku ze względu na pogodę, a za pięć minut i tak zaczynała zajęcia z języków obcych. Odprowadziłam przyjaciółkę pod klasę i życzyłam powodzenia na lekcji.
- Dzięki. A Ty dzisiaj idziesz tylko do pana Eamera? - zapytała uśmiechając się.
- Tak, ja dzisiaj przecież nie mam zajęć. Muszę iść do doktora, żeby poradził mi co mam zrobić z oczami. - odparłam.
- Okej. Do zobaczenia. - brunetka pomachała mi kiedy odchodziłam. Odmachałam skręcając w inny korytarz. Na jego końcu po lewej stronie na białych drzwiach wisiała tabliczka z podpisem "dr. Eamer". To ciekawe, że skrót od jego tytułu czytany łącznie z jego nazwiskiem daje dreamer (marzyciel, wizjoner, poeta). Bardzo dziwny zbieg okoliczności... Zostawiłam te myśli za sobą pukając do drzwi gabinetu doktora. Ciepły głos mężczyzny koło 45-tki głośno rzucił, żebym wchodziła. Tak też zrobiłam. Lekarz od wszystkiego, zajmujący się mną od kiedy pamiętam, siedział przy swoim drewnianym biurku, na swoim czarnym, skórzanym, mega wygodnym, obrotowym fotelu. Otoczony stertami teczek w różnych kolorach, luźnymi kartkami i drukarką.
- Dzień dobry. - rzuciłam nieśmiało. Podniósł wzrok zza laptopa, mając na nosie okulary. Uśmiechnął się w odpowiedzi.
- O witam. Co tam Riley? Coś się stało? - zapytał. Podeszłam do niego i wskazałam oczy.
- To się stało. Nie wiem co mam z tym zrobić. - przyznałam.
- Może to chwilowe... - zdjął okulary i podniósł się z fotela. Dokładnie obejrzał moje tęczówki. - Hmmm... Sam nie wiem co to mogłoby być. - przyznał. - Pierwszy raz coś takiego widzę. Pobiorę Ci krew i zobaczymy czy coś się zmieniło. Usiądź sobie na fotelu, ja przyniosę strzykawkę i fiolki. - wydał "rozkaz" i zrobiłam jak powiedział. Szybko wrócił ze sprzętem, bezboleśnie wbił igłę w moją żyłę i pobrał chyba z sześć próbek (nie patrzyłam - mam wstręt do pobierania krwi i strzykawek). Zakleił mini dziurkę i kazał chwilę mocniej przytrzymać, żeby nie zrobił się siniak. On w tym czasie opisywał próbki i po kolei odstawiał je na stojaczek.
- Wyniki będą dzisiaj późnym wieczorem, albo dopiero jutro rano, ale jakby coś się pokazało to dam Ci znać. -uśmiechnął się ciepło. - A jeżeli bardzo Ci to przeszkadza estetycznie to mogę Ci dać kolorowe soczewki.
- Byłabym bardzo wdzięczna za soczewki. - przyznałam. Doktor wyjął z szuflady paczkę kolorowych soczewek i podarował mi je, jednocześnie instruując jak je założyć i zdjąć.
- To wszystko co potrzebowałaś? - upewnił się jak zatroskany ojciec.
- Tak, tak. Tylko pomidorów już brakuje. A tak to wszystko mamy. - przytaknęłam. Na jego twarzy jeszcze raz pojawił się szczery uśmiech.
- Dzięki za odwiedziny i do jutra. - pomachał mi zasiadając znowu za biurko. Odwróciłam się z zamiarem wyjścia, ale towarzyszyło mi przy tym dziwne uczucie. Tuż przed drzwiami odwróciłam się łapiąc rzucony w moją stronę przedmiot.
- Orient nadal masz genialny... Weź to dla siebie. - pokiwał głową zapisując coś w notesie. Często nas tak sprawdzał. Sprawdziłam czym we mnie rzucił. Była to paczka "ptasiego mleczka". Polskie słodycze były zawsze sprowadzane na życzenie doktora Eamera dlatego, że tam się wychowywał.
- Dziękuję. - posłałam mu najcieplejszy uśmiech na jaki tylko mogłam się zdobyć i wyszłam zostawiając za sobą doktora i jego przytulny gabinet. Przechodząc przez korytarz zajrzałam jeszcze przez uchylone drzwi do sali, w której zajęcia z języków obcych miała Caitlyn. Właśnie rozmawiała z nauczycielem po hiszpańsku próbując dowiedzieć się jak najwięcej o życiu na zewnątrz. Nie chciałam przeszkadzać, więc przymknęłam drzwi od sali. Przypomniałam sobie rozmowę z Victorem z poprzedniego dnia. Pewnym krokiem skierowałam się na zewnątrz budynku. Dalej nogi same skierowały mnie pod domek z numerem dwadzieścia pięć. Tam mieszkał Dominic i Victor. Nie byłam do końca pewna czy na pewno chcę tej rozmowy z blondynem. Podeszłam do drzwi i zanim zdążyłam zapukać w drzwiach pojawił się współlokator najstarszego z ośrodka.
- Emmm... Hejka, ja do Victora. - wymamrotałam. Obecność chłopaka wywoływała we mnie uczcie niepewności, prawie zakłopotania. Zanim zawołał swojego kumpla najpierw całą mnie oblukał jakby oceniał wartość jakiejś rzeczy.
- Vic! - wydarł się w głąb domku. - Jakaś blondyneczka do Ciebie!
- Nie JAKAŚ "blondyneczka". - zaoponowałam ostro. - Dla Ciebie jestem pani Riley, pajacu. - odgryzłam się i chłopaka najwyraźniej zamurowało. Dobrze, że sekundę później pojawił się Victor, bo znając swój niewyparzony jęzor jeszcze bym coś dodała.
- O! Natalie, jak miło, że się pojawiłaś. Widzę, że już zakolegowałaś się z Dominic'iem. - uśmiechnął się łobuzersko. Na bank musiał słyszeć moją ripostę.
- Oczywiście. - posłałam ironiczny uśmiech do młodszego kolegi Vica.
- Wejdziesz czy wolisz iść na spacer? - zaproponował blondyn.
- Preferuję spacer. - razem oddaliliśmy się od domku machając poirytowanemu Dominicowi.
- To jak? Myślałaś nad moim pomysłem?
- Aż tak źle Ci tutaj, że chcesz zwiać? - zapytałam.
- Nie, ale... Chciałbym wiedzieć jak to serio jest żyć na zewnątrz, a nie tylko pokazywać się na szkoleniach czy przy sprawdzaniu nas. - odparł zrezygnowany.
- A później co? Wracamy? Tutaj mamy zapewnioną opiekę, treningi, jedzenie, przyjaciół... A tam zaczynalibyśmy od zera! Dosłownie...
- No proszę, daj się namówić...
- A co z Mitchem i Caitlyn? Oni są dla mnie rodzina. - stwierdziłam.
- Nie wiem, to by się ogarnęło już poza murami tego patologicznego ośrodka szkoleniowego.
- Przesadziłeś. - stanęłam i spojrzałam mu prosto w twarz. - W ogóle... dlaczego zaproponowałeś to mi, a nie Alice albo Domowi?
- Moim zdaniem jesteś bardziej uzdolniona niż Alice. Błagam Cię... Jej dar jest wręcz śmieszny. A Dom mógłby się przydać, ale znam go za długo. Jest strasznym gadułą. - wyznał.
- A co jakby ktoś nas złapał? Wyobrażasz sobie jak nam się oberwie za coś takiego?! - jego pomysł był niedorzeczny. Nie mogłam sobie wyobrazić faktu zostawienia za sobą Mitcha i Cate oraz faktu, że nie wiem jak się żyje dłużej niż 2 dni poza murami ośrodka. A w ciągu tych dni i tak wszystko mieliśmy zawsze "podane na tacy". - Wydaje mi się, że to jednak mega zły pomysł. To nie ma sensu...
- No proszę Cię... - wysoki i dobrze zbudowany blondyn nagle zaczął sprawiać wrażenie delikatnego i przytłoczonego całą sprawą.
- A jak chciałbyś przejść przez mur na oczach strażników? Oni kręcą się wszędzie, mają wieże i monitoring na całym terenie.
- Można by kogoś przekupić albo wywołać jakieś zamieszanie... - trochę się ożywił. - Resztę wyciągniemy jak ogarniemy życie na zewnątrz.
- Jakie zamieszanie chciałbyś wywołać na taką skalę, żeby nikt nie ogarnął przynajmniej do następnego dnia, że ktokolwiek zniknął?
- Może pożar instalacji na wieży i w biurowcu, żeby kamery nas nie widziały... - zaproponował.
- Kto by to mógł zrobić skoro ani ja, ani Ty nie mamy takich zdolności?
- Dominic. - odparł trochę zbyt szybko, jakby już proponując rozwiązanie ucieczki wiedział kto nam pomoże,
- Jaki on ma właściwie dar?
- Ogień i elektryczność. Koleś potrafi usmażyć wszystko.
- Jak chcesz. Kiedy i o której zamierzasz wykonać ten plan?
- Jutro rano. O ósmej widzimy się pod moim domkiem. Najpierw będzie alarm o awarii instalacji elektrycznych w miejscach, o których mówiłem wcześniej. - ściszył głos wyjawiając mi dokładny plan.
- I wtedy spadamy... - dokończyłam za chłopaka. Uśmiechnął się. Pierwszy raz widziałam u niego tak prawdziwy uśmiech, aż przeszły mnie ciarki.
- Dokładnie. - przytaknął. - Znowu Ci zimno?
- Tym razem nie. - zaśmiałam się.
- Pobiegamy? - puścił mi oczko.
- Ale równym truchtem czy się ścigamy? Bo w drugiej opcji nie mam z Tobą żadnych szans. - przyznałam.
- Truchcik. - przytaknęłam.
Zrobiliśmy ze dwa okrążenia przy samym murze sprawdzając przy okazji jego słabsze strony. Victor odprowadził mnie pod drzwi mojego domku przez całą drogę prawie promieniejąc z radości.
- To do jutra?
- Do jutra. - uśmiechnął się łobuzersko. Mocno mnie przytulił trzymając mnie w talii, więc zarzuciłam mu ręce na szyję wtulając się w jego pachnącą bluzę, którą podarował mi poprzedniego dnia. Zza ramienia zauważyłam zmierzającego w naszą stronę Mitchela i pierwszy raz poczułam się jakbym kogoś zdradzała.
- Możesz mnie już puścić. - odchrząknęłam. Blondyn automatycznie odwrócił się za siebie puszczając mnie.
- O hejka Mitchie. - wyciągnął rękę lekko w górę.
- Hej Victor. - brunet przybił blondynowi piątkę. Często byli razem w grupach szkoleniowych na zewnątrz, więc znali się całkiem dobrze, chociaż chwilowa mina Mitcha była co najmniej dziwna. Nie czekając na jakąkolwiek wymianę zdań mój współlokator wszedł do domku. Vic jeszcze raz mi podziękował za pomoc w przedsięwzięciu po czym dosłownie poleciał do domu. Sama chwilę stałąm na chłodnym powietrzu zauważając zachodzące za murem słońce. Nie rozmawiając już z nikim kto był w domu, zabrałam butelkę wody do pokoju i mega szybko ogarnęłam się do snu.
- Emmm... Hejka, ja do Victora. - wymamrotałam. Obecność chłopaka wywoływała we mnie uczcie niepewności, prawie zakłopotania. Zanim zawołał swojego kumpla najpierw całą mnie oblukał jakby oceniał wartość jakiejś rzeczy.
- Vic! - wydarł się w głąb domku. - Jakaś blondyneczka do Ciebie!
- Nie JAKAŚ "blondyneczka". - zaoponowałam ostro. - Dla Ciebie jestem pani Riley, pajacu. - odgryzłam się i chłopaka najwyraźniej zamurowało. Dobrze, że sekundę później pojawił się Victor, bo znając swój niewyparzony jęzor jeszcze bym coś dodała.
- O! Natalie, jak miło, że się pojawiłaś. Widzę, że już zakolegowałaś się z Dominic'iem. - uśmiechnął się łobuzersko. Na bank musiał słyszeć moją ripostę.
- Oczywiście. - posłałam ironiczny uśmiech do młodszego kolegi Vica.
- Wejdziesz czy wolisz iść na spacer? - zaproponował blondyn.
- Preferuję spacer. - razem oddaliliśmy się od domku machając poirytowanemu Dominicowi.
- To jak? Myślałaś nad moim pomysłem?
- Aż tak źle Ci tutaj, że chcesz zwiać? - zapytałam.
- Nie, ale... Chciałbym wiedzieć jak to serio jest żyć na zewnątrz, a nie tylko pokazywać się na szkoleniach czy przy sprawdzaniu nas. - odparł zrezygnowany.
- A później co? Wracamy? Tutaj mamy zapewnioną opiekę, treningi, jedzenie, przyjaciół... A tam zaczynalibyśmy od zera! Dosłownie...
- No proszę, daj się namówić...
- A co z Mitchem i Caitlyn? Oni są dla mnie rodzina. - stwierdziłam.
- Nie wiem, to by się ogarnęło już poza murami tego patologicznego ośrodka szkoleniowego.
- Przesadziłeś. - stanęłam i spojrzałam mu prosto w twarz. - W ogóle... dlaczego zaproponowałeś to mi, a nie Alice albo Domowi?
- Moim zdaniem jesteś bardziej uzdolniona niż Alice. Błagam Cię... Jej dar jest wręcz śmieszny. A Dom mógłby się przydać, ale znam go za długo. Jest strasznym gadułą. - wyznał.
- A co jakby ktoś nas złapał? Wyobrażasz sobie jak nam się oberwie za coś takiego?! - jego pomysł był niedorzeczny. Nie mogłam sobie wyobrazić faktu zostawienia za sobą Mitcha i Cate oraz faktu, że nie wiem jak się żyje dłużej niż 2 dni poza murami ośrodka. A w ciągu tych dni i tak wszystko mieliśmy zawsze "podane na tacy". - Wydaje mi się, że to jednak mega zły pomysł. To nie ma sensu...
- No proszę Cię... - wysoki i dobrze zbudowany blondyn nagle zaczął sprawiać wrażenie delikatnego i przytłoczonego całą sprawą.
- A jak chciałbyś przejść przez mur na oczach strażników? Oni kręcą się wszędzie, mają wieże i monitoring na całym terenie.
- Można by kogoś przekupić albo wywołać jakieś zamieszanie... - trochę się ożywił. - Resztę wyciągniemy jak ogarniemy życie na zewnątrz.
- Jakie zamieszanie chciałbyś wywołać na taką skalę, żeby nikt nie ogarnął przynajmniej do następnego dnia, że ktokolwiek zniknął?
- Może pożar instalacji na wieży i w biurowcu, żeby kamery nas nie widziały... - zaproponował.
- Kto by to mógł zrobić skoro ani ja, ani Ty nie mamy takich zdolności?
- Dominic. - odparł trochę zbyt szybko, jakby już proponując rozwiązanie ucieczki wiedział kto nam pomoże,
- Jaki on ma właściwie dar?
- Ogień i elektryczność. Koleś potrafi usmażyć wszystko.
- Jak chcesz. Kiedy i o której zamierzasz wykonać ten plan?
- Jutro rano. O ósmej widzimy się pod moim domkiem. Najpierw będzie alarm o awarii instalacji elektrycznych w miejscach, o których mówiłem wcześniej. - ściszył głos wyjawiając mi dokładny plan.
- I wtedy spadamy... - dokończyłam za chłopaka. Uśmiechnął się. Pierwszy raz widziałam u niego tak prawdziwy uśmiech, aż przeszły mnie ciarki.
- Dokładnie. - przytaknął. - Znowu Ci zimno?
- Tym razem nie. - zaśmiałam się.
- Pobiegamy? - puścił mi oczko.
- Ale równym truchtem czy się ścigamy? Bo w drugiej opcji nie mam z Tobą żadnych szans. - przyznałam.
- Truchcik. - przytaknęłam.
Zrobiliśmy ze dwa okrążenia przy samym murze sprawdzając przy okazji jego słabsze strony. Victor odprowadził mnie pod drzwi mojego domku przez całą drogę prawie promieniejąc z radości.
- To do jutra?
- Do jutra. - uśmiechnął się łobuzersko. Mocno mnie przytulił trzymając mnie w talii, więc zarzuciłam mu ręce na szyję wtulając się w jego pachnącą bluzę, którą podarował mi poprzedniego dnia. Zza ramienia zauważyłam zmierzającego w naszą stronę Mitchela i pierwszy raz poczułam się jakbym kogoś zdradzała.
- Możesz mnie już puścić. - odchrząknęłam. Blondyn automatycznie odwrócił się za siebie puszczając mnie.
- O hejka Mitchie. - wyciągnął rękę lekko w górę.
- Hej Victor. - brunet przybił blondynowi piątkę. Często byli razem w grupach szkoleniowych na zewnątrz, więc znali się całkiem dobrze, chociaż chwilowa mina Mitcha była co najmniej dziwna. Nie czekając na jakąkolwiek wymianę zdań mój współlokator wszedł do domku. Vic jeszcze raz mi podziękował za pomoc w przedsięwzięciu po czym dosłownie poleciał do domu. Sama chwilę stałąm na chłodnym powietrzu zauważając zachodzące za murem słońce. Nie rozmawiając już z nikim kto był w domu, zabrałam butelkę wody do pokoju i mega szybko ogarnęłam się do snu.