niedziela, 18 października 2015

Rozdział 1.

 - Jest tutaj! - Kurde. Znajdą mnie, jeżeli Alice nadal będzie używać echolokacji. Alice była jedną z najlepszych w ośrodku. Bardzo dobrze panowała nad swoim darem (ale moim zdaniem ten dar był raczej śmieszny). I znowu zgasili światła. Będą się rozdzielać... Siedząc w ślepej uliczce skarzę się na przegraną, więc jak najciszej się dało wskoczyłam na mur po swojej lewej stronie. Szkoda, że męczę się jak nowi przy wysiłku fizycznym. Wyprostowałam się upewniając się wcześniej, że Alice z Victorem trafili na trop innego uczestnika treningu. Teraz mam czas rozejrzeć się i znaleźć wyjście. Jeżeli zdążę tam dobiec przed zmianą labiryntu lub zanim ktoś mnie dopadnie, to będę miała trochę więcej czasu wolnego przed następnymi ćwiczeniami. Mam! Wyjście zawsze było przy białej fladze, a ta wisiała po mojej prawej stronie. Sprawnie przeskakiwałam przez następne mury. Póki było ciemno, miałam większe szanse na ucieczkę. Parę uliczek przed białą flagą obejrzałam się za siebie. Victor! Stał jakieś dziesięć metrów ode mnie. Ugh... Moje szanse na dłuższy odpoczynek właśnie zmalały do 5%. Zeskoczyłam w pierwszą przerwę między murami i teraz gnałam przed siebie jak spłoszone zwierzę. Wszyscy zawsze bardzo patrzyliśmy na wyniki w treningach. Bardzo się do nich przykładaliśmy, bo tak zostaliśmy nauczeni. Przestałam słyszeć kroki za sobą. Szybko się odwróciłam, byłam przygotowana na to, że stał tuż za mną, ale jego tam nie było, nawet kiedy odwróciłam się jeszcze raz...
 - Victor! Masz Riley? - słyszałam ich bardzo wyraźnie, byli blisko.
 - Widziałem ją, jak biegła w tamtą stronę. Pewnie trafi w jakąś ślepą uliczkę. - dźwięczny niski głos dwudziestodwulatka nie był skierowany w moją stronę. Oszukał Alice? Później nad tym pomyślę. Jeszcze raz wskoczyłam na mur orientując się czy nadal idę w stronę wyjścia. W cieniu muru byłam bezpieczniejsza. Do wyjścia miałam prostą dróżkę. Udało mi się! Jako pierwsza wyszłam z labiryntu w dzisiejszym treningu. Przy wyjściu przywitał mnie doktor Eamer.
 - No Riley... Całkiem dobry czas. Walczyłaś z kimś? - zagadał wesoło. Zawsze cieszył się, kiedy któreś z jego podopiecznych miało dobry wynik.
 - Dziękuję doktorze. Nie było takiej potrzeby. - uśmiechnęłam się.
 - Widzę, że rękawice się przydały... - obejrzał je dokładnie. Nawet nie było widać śladu po mojej wspinaczce.
 - Bardzo. - przyznałam. - Mogę już wrócić do pokoju, wykąpać się i odpocząć?
 - Tak, oczywiście. Leć. Tylko zajrzyj jeszcze do mojego gabinetu po tych zajęciach.
 - Dobrze.
  Jak tylko wróciłam do pokoju poszłam się wykąpać. Chłodny prysznic po ciężkim treningu to to co lubię najbardziej. Może jeszcze zdążę między treningami złapać Mitchella i Caitlyn. Mieszkali ze mną w jednym z domków. Każde miało oczywiście swój pokój i łazienkę. Tylko salon z grami, kuchnia i czytelnia były wspólne. Mitchell miał dar telekinezy, ale ten dar przydałby mu się bardziej gdyby nie był taki nadpobudliwy. Lubiłam go. Caitlyn była najmłodsza z całego ośrodka, miała dziewięć lat. Drobna brunetka potrafiła panować nad umysłami innych ludzi. Ciekawe było to, że nie działało to na wszystkich... Ja, doktor Eamer i Mitchell byliśmy poza zasięgiem jej mocy i dlatego mieszkała ze mną i Mitchem. Była w stanie zrobić z człowiekiem co jej się żywnie podobało. Po szybkim prysznicu ubrałam się w świeże ubrania i poszłam do kuchni. Stołówka była tylko dla pracowników... Zrobiłam sobie trzy kanapki z szynką, sałatą i serem. Pomidory się skończyły. Wróciłam do swojego pokoju, usiadłam przy stole i zabrałam się za kanapki. Kiedy skończyłam drugą kanapkę do mojego pokoju wpadł Mitch, któremu na ramionach siedziała Cate.
- Ziuuuuuuu! Samolot przygotowuje się do zrzucenia balastu w pokoju Riley. Powtarzam. Samolot przygotowuje się do zrzucenia balastu w pokoju Riley. Proszę o pozwolenie na zrzut. - starszy ode mnie chłopak biegał po pokoju z rozłożoni rękoma udając odrzutowiec i sprawiając, że drobna pasażerka na jego ramionach głośno się śmiała.
- Masz pozwolenie na zrzut. - bum! Najmłodsza spadła na moje łóżko chichotając. - Ktoś chce jeść? - jeżeli teraz bym im coś zrobiła to miałabym dla nich więcej czasu jak wrócę z drugiego treningu...
- Ja poproszę! - rzucił się dziewiętnastolatek.
- Ja też chcę. - Cate już skończyła swoje treningi na dzisiaj.
- Budyń pasuje? - zgodny chórek przytaknął. Spojrzałam na zegarek. Za pięć minut powinnam być na następnym treningu. - To jak wrócę, chyba, że Mitch by go ugotował... - zaśmiałam się wiedząc, że chłopak miał dwie lewe ręce jeżeli chodzi o gotowanie. Ostatnie jego "gotowanie" skończyło się wybuchem piekarnika i wizytą ekipy sprzątającej.
  Umiejętność, którą teraz będę ćwiczyć odkryłam jako pierwszą. Pobiegłam na ogrodzony drutem kolczastym plac za strzelnicą. Na wypiaskowaną arenę wchodziła właśnie pani Meg Masters a obok niej mój obiekt do ćwiczeń. Dzisiaj była to czarna puma. Piękny, wielki, czarny kot. Z drapieżnikami zawsze było ciężej się "dogadać". Pani Meg była kiedyś treserką w cyrku, a później pracowała w zoo. Nie miała daru, ale potrafiła przekazać mi najważniejsze informacje o danych zwierzętach poprzez ich zachowanie.
 - Jak zapanujesz dzisiaj nad Tequilą to będziesz mogła się nią i innymi zwierzętami codziennie opiekować. Dostałam na to zezwolenie od doktora Eamera. - puściła do mnie oczko. Już kiedyś pytałam ją czy mogłabym zajmować się zwierzętami z naszego mini zoo, ale wtedy w ogóle nie potrafiłam panować nad swoją mocą...
 - To co muszę zrobić? - przyjęłam wyzwanie. A przynajmniej to pozwolenie traktowałam jak wyzwanie.
 - Każ jej zrobić kółko wokół areny, podejść do ciebie i usiąść. Jak to zrobi to dalej się zobaczy... - Skupiłam się na czarnym kocie i spokojnie przekazywałam jej co ma robić. Najpierw widziałam sporą niechęć do współpracy, ale po okrążeniu już sama zdecydowała się do mnie podejść i usiąść, a ja w tym czasie chwilę mogłam wyluzować. Pani Meg była pod wrażeniem szybkiej reakcji pumy.
 - Co dalej? - zapytałam zmotywowana do działania.
 - Teraz ósemkę i powrót do ciebie. masz tu trochę smakołyków dla Teq. - z pierwszą myślą kocica położyła uszy, ale już przy drugim podejściu wstała i przeszła idealną ósemkę, po czym usiadła na przeciwko mnie tak jak wcześniej. Rzuciłam jej w podzięce kawałek mięsa. Trenerka przyniosła parę stołków do ćwiczeń.
 - Mogę spróbować ją pogłaskać? - zapytałam nauczycielkę. Ta najpierw dokładnie przyjrzała się pumie i  zgodziła się. Zrobiłam kroczek do przodu tak, żeby być najbliżej Tequili jak się dało. Odpuściłam mocą i kotu wyraźnie ulżyło. Dałam jej z ręki kawałek mięsa i pogłaskałam po dużej głowie.
 - Widziałaś? - zawołałam zaskoczona. Trenerka przytaknęła uśmiechając się.
Mimo tego, że Tequila bardzo dobrze przyjmowała moje komendy i nie musiałam używać mocy z dużą siła, byłam bardzo zmęczona po ćwiczeniach. Odprowadziłam pumę do jej wybiegu rzucając jej jeszcze kawałek mięsa. Podziękowałam pani Masters i poszłam do gabinetu doktora Eamera. Lubiłam to pomieszczenie; było jasne, miało duże okna, które można było zasłonić roletami, a jasno brązowe meble idealnie pasowały do klimatu pokoju i charakteru opanowanego zawsze doktora.
 - Witam. Miałam zajrzeć do pana po treningach... - zaczęłam.
 - Tak, tak, Siadaj, proszę.
 - Czy coś się stało?
 - Nie. Jak się czujesz? - przyglądał się moim oczom, a raczej tęczówkom. Byłam w stanie to wyczuć.
 - Chyba tak jak codziennie... - wzruszyłam ramionami. - Nie licząc tego, że jestem z siebie dumna za trening w labiryncie.
 - Dobrze... - zanotował coś w swoim notatniku. - Hmmm... Czy zauważyłaś w sobie coś... dziwnego, innego? - oderwał wzrok od kartek.
 - Oprócz paru zadrapań po treningach to nie. - zaśmiałam się.
 - A zmiana koloru oczu? - jego twarz spoważniała.
 - Słucham? Przecież kolor oczu nie zmienia się. A przynajmniej nie z dnia na dzień... - byłam zaskoczona i zdezorientowana. Mogłam przeoczyć zmianę koloru moich oczu? To niemożliwe. - Mogę podejść do lustra?
 - Proszę bardzo.
Doktor obserwował mnie jak odchodzę od biurka. W dużym lustrze (było z pół metra wyższe ode mnie) przyjrzałam się swoim oczom. Wyglądały jakby ktoś zakroplił mi do tęczówek barwnik, a dokładniej czerwony barwnik. Prawe było zdominowane czerwienią. Z niebieskiego w czerwony? Coś musiało być nie tak!
 - Przepraszam doktorze, ale co mi się dzieje?
 - Jeszcze nie wiem. Staram się to ustalić, ale na razie mam tylko jedną teorię. Widzisz zupełnie normalnie prawda?
 - Tak. - odpowiedziałam wracając na fotel przy biurku.
 - Może mieć to związek z twoimi mocami i to jest moim zdaniem najprawdopodobniejsze, ponieważ w naturze taki kolor oczu występuje tylko u albinosów. Ale zobaczymy jak to się będzie rozwijało...
 - Hmmm... To mogę już iść?
 - Oczywiście. Dziękuję za wizytę. - uśmiechnął się ciepło wypuszczając mnie z budynku. Zawiał wiatr i zrobiło mi się chłodniej. Nie chciałam biec, wystarczył mi trening w labiryncie. Otuliłam się więc ramionami i spokojnie szłam do domku. Po drodze mijałam domek Victora i Dominica, którzy właśnie siedzieli na schodkach śmiejąc się. Pomachałam im i ruszyłam dalej. Po dwóch krokach ktoś złapał mnie w talii aż się zachwiałam.
 - Puść mnie! - zaprotestowałam odwracając się z zamiarem przywalenia mu w twarz. Victor był jednak chwilę szybszy i zdążył złapać mnie za nadgarstek tuż przy swoim policzku.
 - No dobra, już cię puszczam... Tylko mi nie przywal. - rozluźniłam mięśnie, kiedy on odpuścił uściskiem. - Nie za gorąco ci? - wredny uśmieszek nie schodził z jego twarzy.
 - A co cię to interesuje? - odpysknęłam blondynowi.
 - Tylko zapytałem... A no i gratuluję dzisiejszego labiryntu. - wyciągnął do mnie dłoń. Zmierzyłam ją wzrokiem, ale nie podałam mu swojej.
 - Dzięki. Dlaczego mi pomogłeś?
 - A pomogłem?
 - Przecież dobrze wiedziałeś gdzie jestem, a mimo to okłamałeś Alice.
 - Może wiedziałem, a może nie...
 - O co ci chodzi? - zapytałam już poirytowana krzyżując ręce.
 - Ucieknijmy stąd.
 - Co?! - pomysł chłopaka był niedorzeczny. - A da się w ogóle?
 - Napewno przy połączeniu naszych zdolności... Dlaczego masz czerwone oczy?
 - Nie wiem. - odparłam od niechcenia, ale szczerze. Staliśmy tak chwilę w niezręcznej ciszy. - Pogadamy o tym jutro.
 - No dobra. - zakończył rozmowę. Odwróciłam się i ruszyłam dalej do domu. Po paru wydłużonych krokach odwróciłam się jeszcze za Victorem, ale jego nie było już w miejscu, w którym stał rozmawiając ze mną. Westchnęłam myśląc o ciepłej bluzie, którą miał na sobie. Odwróciłam się z zamiarem ruszenia dalej, ale wpadłam na coś. A raczej na kogoś...
 - Victor! Wystraszyłeś mnie! Mogłeś oberwać. - moje serce przyspieszyło. Blondyn zaśmiał się.
 - A tak na poważnie... Nie zimno ci?
 - No trochę.
 - Chcesz bluzę? Mi i tak jest gorąco.
 - Dzięki. - nigdy nie przepadałam za Victorem, ale wiedziałam, że mimo wszystko mogłam się z nim powygłupiać czy poćwiczyć. Założyłam na siebie jego jasno-szarą bluzę, która była na mnie dużo za duża. Resztę trasy przeszliśmy w zupełnej ciszy. Tuż przy schodach oddałam mu bluzę i życzyłam dobrej nocy. Weszłam do domu i od razu skierowałam się do kuchni skąd dochodził zapach budyniu czekoladowego. Co?! Budyń w miskach był jeszcze gorący. Wzięłam miski na tacę i zaniosłam je do pokoju gier. Siedzieli tam grając w jakąś platformówkę.
 - Witam państwa! - zawołałam odkładając kolację na stolik obok nich.
Caitlyn od razu odłożyła pada i rzuciła mi się na szyję.
 - Riley! - drobniutka brunetka zawyła mi do ucha. Przytuliłam ją do siebie, a Mitchell odwrócił się do nas z uśmiechem.
 - Czemu masz czerwone oczy? - zapytali chórkiem. To naprawdę aż tak widać?
 - Nie mam zielonego pojęcia, ale doktor Eamer podejrzewa, że to ma związek z moimi mocami.
 - Okej. - ani Mitch, ani Caite nie dociekali.
 Zjedliśmy budyń (ja musiałam posprzątać), pograliśmy chwilę i Mitchell poszedł się wykąpać. Ja przeczytałam jeszcze bajkę Caitlyn i położyłam ją spać, po czym sama wróciłam do pokoju gasząc po drodze wszystkie światła i również położyłam się do łóżka.